Życie na pełnej petardzie. Ks. Jan Kaczkowski – Ludzka twarz kościoła.

14 listopada 2016

janek1Jak to jest żyć na pełnej petardzie? Dla jednych takie życie to balowanie, zaliczanie kolejnych panienek, wyrywanie przystojnych lecz zaślepionych seksualnością, żeńskimi atutami chłopaków. Dla innych to podróżowanie, dążenie do doskonałości w pasji, czy ciągła gonitwa za pieniędzmi. Bardzo często to nasze życie na pełnej petardzie jest bardzo egoistyczne. Myślimy o własnych celach i przyjemnościach. To jest przerażające. A jednak wiarę w ludzką porządną naturę ktoś od czasu do czasu przywraca. Od chwili przeczytania książki „Szału nie ma jest rak” zmieniłem nieco patrzenie na pewne sprawy. ,,Życie na pełnej petardzie” – Piotra Żyłka ( rozmowa z Księdzem Janem Kaczkowskim) jest dopełnieniem, a jednocześnie pozostawieniem pola do zadawanie pytań, zarówno Księdzu Janowi ale przede wszystkim sobie.

Odnoszę wrażenia, że ksiądz Jan działa na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony walczy jak lew o doktryny, które głosi Kościół i idąc pod prąd coraz to bardzie laicyzującemu się światu mówi o pięknie Eucharystii, o sposobie przeżywania tajemnicy wiary. Z drugiej strony idzie pod prąd skostniałemu Kościołowi, a dla jasności to skostniałej hierarchii kościelnej, która tak bardzo uwierzyła w swoją nieomylność, że nie przyciąga nowych wiernych, a co gorsza odpycha od istoty wiary tych, którzy są lub do niedawna byli w kościele. Wyczułem autentyczny ból w księdzu Janie, ból doświadczonego księdza niemiłymi doświadczeniami z hierarchią – ale bardziej niż jego doświadczenia boli go widok odrzucenia „Ludu Bożego”, segregacja, podziały.
To nie jest książka, w której czytamy wymądrzania się „klechy”, który nas umoralnia jak to trzeba żyć, jak to grzech jest obrzydliwy, i jak to on radzi sobie ze wszystkimi pokusami. Nie mówi nam między wierszami o swojej nieskazitelności, o tym, że nie upada.
Ksiądz Jan nie rości sobie prawa do nazywania siebie świętym za życia, czy bohaterem w swoim domu. Nie oczekuje po śmierci pomników, ale prosi o modlitwę. Powinien być bohaterem nie tylko w swoim domu, ale w każdym, w którym jest jego historia, a każdym, w którym jest poprzednia, i ta i mam nadzieję kolejna książka z rozmowami z Księdzem Janem.

życie na pełnej petardzie – jest bardziej osobistą książką niż „Szału nie ma jest rak” – choć ktoś powie, że mówienie o chorobie, odczuwaniu cierpienia jest najbardziej osobiste. W pewnym aspekcie jest, ale w tej książce w pigułce poznajemy osobę tego, którego drogą jest kapłaństwo, służenie Bogu i ludziom.
Dorastał w domu pełnym miłości, zaufania. Z mamą, tatą, rodzeństwem. Dom, w którym wiara nie była na pierwszym miejscu. Z domu wyniósł wszystkie najpiękniejsze rzeczy, które teraz owocują w posłudze. Nie oznacza to, ze wiara byłą w domu księdza Jana zupełnie obojętna. Zauroczony byłem o powieścią jak to mama czytała małemu Jankowi Pismo Święte – pod wpływem PŚ przyszły kapłan wypowiedział do nauczycielki będącej w ciąży słowa: „Brzemienną jesteś i w bólach rodzić będziesz”.

Zapewne miłość w domu, wsparcie rodziców, mądrość ojca, czy wpływ babci Wisi, pomogła przejść Jankowi przez upokorzenia, których doświadczył w szkole, seminarium jaki w dorosłym życiu. Upokorzeń głownie związanych z Jego zdrowiem. Te przejścia ukształtowały człowieka, który nie odgrywa się na słabszych, ale im pomaga bo wie, jak to jest…
Pomimo różnych, trudnych sytuacji, widoku niesprawiedliwości, odrzucenia (przez Jezuitów – Jan chciał pójść do tego zakonu właśnie) nie stracił wiary, nie załamał rąk. Nie uczynił tak również w chwili kiedy wielu z nas rozłożyłoby ręce, położyło się w trumnie i planowało własny pogrzeb – w chwili ciężkiej, nieuleczalnej choroby.
I to właśnie jest życie na pełnej petardzie. Żyć z bombą z opóźnionym zapłonem w głowie, nie myśląc o tykającym zegarze pomagać innym, otaczać się cierpieniem, ukajać ból bliskich osób chorych, pomagać dobrze i godnie przejść na drugą stronę. Żyć na pełnej petardzie, to żyć tak by łączyć swoją postawą, oddaniem innym, niż dzielić egoistyczną postawą. Głośno wypowiadając własne opinie przy okazji słuchając opinii i poglądów innych. Nie mądrzyć się, ale w klarowny sposób przedstawiać zdanie.
Ksiądz Jan nie boi się trudnych tematów, nie boi się przedstawiać opinii na tematy, które podejmuje kościół i debata publiczna (Aborcja, In vitro, homoseksualizm, konkubinat) – ale przedstawia ją w inny, bardziej ludzki sposób niż kościół, niż politycy. Czy w tych tematach Jak Kaczkowski mówi ludzkim głosem? Zdecydowanie tak.
Z książki dowiadujemy się o chwili, którą nazwać można „chwilą powołania” młodego Janka, o „przypadkowej” spowiedzi ziejącego alkohole przyszłego kleryka, o wątpliwościach przyszłego księdza Jana.
Książka, którą czyta się łatwo, ale tak łatwo nie umyka z pamięci. Trzeba się podchylić nad nią, nad treścią i absolutnie wartościowym przekazem, zarówno dla nas, wierzących, nie wierzących, ale przede wszystkim dla Duchowieństwa. Myślę, że ta książka powinna stać się obowiązkową lekturą dla „prawdziwych katolików”. Zgadzam się z wieloma słowami przeczytanymi w tej książce, ale pozostawiam sobie prawo do niezgadzania się z pewnymi sprawami. Nie chcę odsłaniać wszystkiego co jest w tej pozycji wydawniczej, ale mam nadzieję, ze swoim krótkim wpisem utwierdzę zdecydowanych , i zachęcę niezdecydowanych do kupna – bo przy okazji można stać się „sponsorem” Puckiego Hospicjum,