Przeznaczenie

Spalony dom
Nigdy nie mogłem zrozumieć czy ten nocny dźwięk tłukących się butelek to znak, że są już tacy pijani i rozchodzą się do domów, czy może któryś z nich wraca z nową dostawą taniego wina?
Wkurzało mnie to, że nie mogłem zobaczyć co się dzieje na klatce schodowej przez „judasza”. Ciemno było, a przecież poruszając się na zwiotczałych szczudłach alkoholik nie pomyśli aby włączyć światło, że będzie mu łatwiej wchodzić. Biedni. Pewnie często wchodzili na kolanach, więc nie dosięgali do włącznika. Bałem się otworzyć drzwi i sprawdzić co się dzieje. Skąd mógłbym wiedzieć, że ten czy tamten nie dość, że pijany to jeszcze agresywny?

Gdy ustawały hałasy miałem wyrzuty sumienia. Nie wiedziałem czy dotarł na drugie piętro starej kamienicy po stromych drewnianych schodach, czy spadł i się zabił. Za mało miałem odwagi by wyjść. Z drugiej strony w takim momencie myślałem „dobrze takiemu. Jednego mniej”, ale bardzo szybko uświadamiałem sobie, że na miejsce tego nieszczęśnika przyjdzie dwóch, a nawet trzech nowych .

Rano gdy wychodziłem do toalety (jedna wspólna na całe piętro) czułem smród taniego wina i wymiocin. Z ostatniego piętra dochodziły odgłosy niedopitych gardeł. Nie miałem czasu by słuchać tego bełkotu. Szybko trzeba było załatwić swoje potrzeby. Po pięciu minutach słyszałem szuranie pantofli niedospanej pani Jadwigi. Skąd wiem, że to ona? Przez kilka lat mieszkania w tej kamienicy i dzielenia ubikacji poznałem chyba wszystkie charakterystyczne odgłosy, które ze stuprocentową pewnością byłem w stanie przypisać danemu sąsiadowi.
To szuranie jakby mówiło do mnie – wyjdźże już człowieku, wstawałem i wychodziłem. Bywało tak często. No chyba, że szanowna pani decydowała się na dłuższe spanie po orgiach z dawno niewidzianym kochankiem który przybył dzień wcześniej ostatnim pociągiem.

Wspaniale było wyjść na ulicę gdzie zamieniałem dźwięk tłukących się flaszek i szurania pantofli kobiecej wersji Adolfa Hitlera na odgłosy samochodów, przekupek, i disco polo puszczanego z głośników targowych. Nie powiem, że ta zamiana napełniała mnie radością, ale chociaż nie czułem tego zapachu z klatki schodowej.
Zawsze po drodze do pracy zaopatrywałem się w gazetę i świeże pączki. To jakby rytuał który tak bardzo się we mnie wpisał, że tylko podchodząc do kiosku czy osiedlowego sklepiku dostawałem bez słowa to co zawsze. To było dość miłe, ale z drugiej strony uświadomiło mi, że jestem strasznie monotonny.
Pracę zaczynałem przed ósmą. Zanim otworzyliśmy interes, trzeba było uruchomić komputery, zapalić światła i oczywiście zaparzyć kawę. Gdzie jak gdzie, ale w pracy kawa smakowała najlepiej.
Przez firmę przewijały się setki ludzi. Każdy coś remontował, każdy chciał upiększyć swój dom. Mieliśmy wszystko co trzeba , a czego nie było zostało zamówione. Klient nasz pan jak to nam wmawiano w szkole. Czasami klient zachowywał się jak pan. Chłoszcząc nas słowem za to, że zieleń trawiasta farby olejnej jest o ton jaśniejsza niż trawa w ogrodzie jego babci. Nie byłoby dnia, żeby ktoś taki się nie pojawił. Cóż, i takie sytuacje były wpisane w nasz zawód.

O godzinie dziewiątej był przeważnie spokój, czasami tak przybijający człowieka, że aż wiało nudą. Przestawiało się wtedy puszki z miejsca na miejsce, by chociaż zachować pozory ruchu na wypadek gdyby ktoś z biura „zaszczycił” nas wizytą. Nie powiem, takie momenty gdy było mniej ludzi miały swoje plusy. W późniejszych godzinach był taki młyn, że zapomnieć można było o śniadaniu, czy zapaleniu papierosa. Uwijaliśmy się jak mrówki. Ze sprzedawcy zamieniałem się w magazyniera, później w dostawcę towaru do klienta. I tak każdego nieomal dnia.
Wracać do domu powinienem być zmęczony, ale nie. Z tej radości, że to finisz dostawałem nowej energii. Przybywało mi sił do czasu kiedy to nie siadłem w fotelu, ale zanim tam dotarłem…
Musiałem przejść przez Trójkąt Bermudzki. W trzech miejscach stało po dwóch trzech żuli, którzy na coś zawsze zbierali fundusze. Nie byli groźni, przeciwnie. Nazywali mnie szefem, przyjacielem, a kiedy dostawali co chcieli, zazwyczaj złotówkę, obiecywali dozgonną wdzięczność, pomoc w razie czego albo, że przy okazji oddadzą pieniądze. Czy kiedykolwiek oddali? W życiu, ale gdy widzieli mnie poza „Trójkątem”, kłaniali się do samej ziemi.
Najbardziej było mi żal tych starszych pijaczków którzy nie marzyli nawet o kolejnej szansie od losu, ale i ci młodzi lepiej nie mieli. Patologia spowodowana brakiem perspektyw, brakiem pracy rozprzestrzeniała się w naszym mieście w zatrważającym tempie. I nic nie wskazywało na to, że zmieni się coś na lepsze.
Dlatego ja celebrowałem praktycznie każdy krok do i z pracy.
Pomimo to, że nie brakowało mi na jedzenie, ubrania a nawet pomagałem schorowanej sąsiadce, odnosiłem wrażenie, że ktoś stawiając mnie w tym, a nie w innym miejscu bardzo się pomylił. Wszakże pochodziłem z biedy, gdzie był alkohol, bicie, awantury, ale na Boga! Czy ja muszę obracać się całe życie w takim środowisku?
Nieraz chciałem wypłacić oszczędności z banku i po prostu wyjechać do innego miasta, poznać nowych ludzi, zakochać się, ale nie. Żal zostawić te ulice które znałem od dzieciństwa i one mnie znały. Żal zostawić panią Genowefę, która liczyła na moją pomoc. Zawsze moje wątpliwości zostać czy nie zostać, przerywało przeświadczenie, że mam tu misję, że jestem potrzebny.
Zatrzymałbym się na chwilę przy przywołanej wcześniej pani Genowefie. Kobieta po sześćdziesiątce o gołębim sercu, choć poprzez trud życia, sytuację zdrowotną wyglądała na o wiele starszą. Zazwyczaj przesiadywała na kamiennym schodku kamienicy przyglądając się przechodzącym ludziom na targ. Zawsze starała się ukrywać smutek. Całą swoją tragedię zostawiała w domu., ale ja wiedziałem kiedy coś jest nie tak. Widziałem to w jej niebieskich oczach które wpatrywały się we mnie z matczyną miłością. Rozbrajał mnie ten widok. Mieszkała na parterze. Rankiem uchylała okno by przewietrzyć mieszkanie, a ja wkładałem jej pączki i dziesięć złotych, czasami nawet dwadzieścia. Wiedziałem, że emeryturę zabiera jej syn tyran, a ona siedzi głodna. W cieplejsze dni, gdy wracałem z pracy siadałem obok niej na kamiennym schodku. Rozmawialiśmy, czasami dość długo, nie chciałem jej zostawiać. Dla tego uśmiechu zostałbym nawet całą noc. Kiedy tylko robiło się późno wstawała i mówiła:

– No, panie Sławku, na pana już czas. Rano do pracy.

I znikała w ciemnym korytarzu.
Z rozmowy z panią Genią, wyczytałem jej żal straconych lat. Miała zupełnie inną wizję życia. Życia, które posypało się gdy zmarł jej mąż. Nie radziła sobie z jedynym synem, bała się go. Nigdy mnie o nic nie poprosiła, nigdy mi nie podziękowała. To znaczy raz, ale o tym później. Wyraz jej twarzy kiedy mnie widziała, uśmiech i rozpromienione oczy to było najpiękniejsze podziękowanie. Była mi jak matka. Matka, której tak naprawdę nie miałem…

Często odczuwałem wokół siebie chaos, który burzył mój ład, który próbowałem w swoim życiu ustalić. Próba zrelaksowania się w domu, przerywana była darciem mordy niedopitej „Matki Polki” czy też stukaniem do drzwi. Tak było i tym razem.
Przeważnie pukał mały chłopczyk o imieniu Tomek, miał może z dziesięć lat. Mieszkał na drugim piętrze w patologicznej rodzinie, z jedną matką i kilkom ojcami, zmieniającymi się w zależności od tego który dysponował jakimś groszem na alkohol. Tomek miał troję młodszego rodzeństwa. Pewnie to ich ojcowie, którzy w poczuciu obowiązku przychodzili na zmianę do ich mieszkania, a zwłaszcza do ich matki, którą zaspokajali nie tylko trunkami.
Wracając do Tomka, był najstarszy i miał najwięcej obowiązków. Pilnował rodzeństwo, robił zakupy, jak również matka wysyłała go, aby chodził po sąsiadach i przynosił od nich papierosy.
Przychodził do mnie, nawet o bardzo późnych porach. Nie paliłem, ale po kolejnej wizycie kupiłem paczkę najtańszych papierosów i dawałem chłopakowi dwa, trzy, by ten nie musiał szwendać się nocą po ludziach.
To była rodzina która przydział na to mieszkanie dostała niedawno. Z matką chłopaka nie miałem żadnego kontaktu. Zazwyczaj mijaliśmy się na ulicy. Ona pijana, nie patrzyła kto ją mija, więc nie było mowy o przywitaniu się. Wpatrywała się intensywnie w ziemię, by nie zaplątały się jej grube nogi. Nieraz widziałem przez okno jak Tomek ze spuszczoną głową, zalany łzami prowadzi matkę. Nie dziwię się, wstyd było przed ludźmi.
Ogrom nieszczęścia mnie przybijał, ale bardziej przybijała mnie myśl, że nie każdemu mogę pomóc.
Jako wrażliwy człowiek nie mogłem być szczęśliwy będąc w centrum ludzkich tragedii. Cóż miałem czynić, ja jeden sam, skoro tak potężne instytucje, skoro państwo nie dawało rady? Od tych myśli zaczynała coraz częściej boleć mnie głowa. Narastało we mnie wzburzenie, że ci wszyscy będący obok, nie reagują.

Moje wzburzenie było uzasadnione. Sam przechodziłem gehennę w rodzinnym domu o ile to można nazwać domem, tym bardziej rodzinnym. Dom stary, po prababci, mieszkałem w nim z matką i bratem. W najskrytszych snach nie pomyślałbym, że kiedykolwiek na tej ziemi, gdzie ciężko pracowali moi przodkowie, stanie nowy dom,w którym będzie panowała miłość i spokój. Lepianka i kawałek ziemi, to było moje dzieciństwo. Niegdyś ziemi było więcej, lecz matka sukcesywnie ją wysprzedawała. Sprzedawała ojcowiznę za grosze które szły na „przelew”. Ojca nie pamiętałem, umarł tuż po moich narodzinach.
Nasz „dom” umiejscowiony był bardzo blisko Noteci. Wokół nas przyroda, prawie raj, ale raju tu nie było, to było piekło. Mieszkaliśmy daleko od kolejnego domostwa. Nikt nie słyszał awantur, nikt nie przybiegł by pomóc gdy matka mnie biła. Biła i piła. Czy miała facetów? Miała. Byli to mężczyźni których najbardziej spragniona kobieta nie tknęła by kijem.
Brat Dawid włóczył się w towarzystwie podejrzanych typów. Wiedziałem, że chce się wyrwać z domu, lecz wybrał najgorszą z możliwych dróg, przestępczą.
Dawid był dobrym chłopakiem, tylko towarzystwo zrobiło z niego drania. Przyjeżdżał do domu, wysypiał się i znowu jechał. Później już tylko zaglądał od czasu do czasu ubijając jednego czy drugiego delikwenta. Mną się nie przejmował. Nigdy też nie przywiózł nic do jedzenia, kazał tylko pilnować matki.
Pilnować? Ledwo na nogach z głodu się trzymałem. Czasami jak zasnęli w chacie biesiadnicy, wchodziłem i wyjadałem ogórki ze słoika.
Już od najmłodszych lat wzbierała się we mnie chęć wybicia się, wyrwania z tej biedy, z tego totalnego dziadostwa.

Do szkoły chodziłem chętnie, wychowawczyni wiedziała jaką mam sytuację w domu. W czwartej klasie załatwiła mi dofinansowanie do obiadów, dzięki czemu jako tako funkcjonowałem. Oceny miałem słabe. Matka nigdy nie zakupiła mi zeszytów czy książek. Nie miałem niczego. Nauczyciele zaczęli składać się na przybory dla mnie. Nie uczyłem się dobrze, nie miałem warunków by się uczyć, a zostawać dłużej w świetlicy gdzie miałem spokój po prostu się bałem. Nieraz spałem pod chmurką, a wszelkie moje szałasy były niszczone przez matkę.
Nie miałem odwagi oddalać się od domu. Gdyby matka zobaczyła, że nie ma mnie blisko, zabiłaby mnie.

Wracając do Tomka. Żyliśmy już w innych nieco czasach, niby wrażliwszych na ludzki los, a zwłaszcza na los dziecka. Nic bardziej mylnego. Wprawdzie widziałem jak przychodziła opiekunka socjalna do ich mieszkania, ale nigdy nie byłem świadkiem jej stanowczej reakcji. Dlaczego tych małych dzieci nie zabrali do domu dziecka? To pytanie zadawałem sobie widząc te nieco starsze, biegające prawie nago po podwórzu. Dwójka z nich chodziła już do szkoły. Widziałem starszą panią która ich i Tomka zaprowadzała do szkoły. Nie wiem kto to był i nie dawało mi to spokoju.
Pewnego poniedziałku czatowałem na ową kobietę pod kamienicą. Była to szczupła, żylasta kobieta o pewnym i szybkim kroku. Nie nadążałem za nią, więc postanowiłem zawołać:

– Proszę Pani! – z nadzieją patrzyłem czy się obróci. Obróciła się, podbiegłem do niej nieco zdyszany.
– Przepraszam, że zaczepiam… Mam na imię Sławek, jestem sąsiadem tych dzieci które odprowadza pani co rano.

– A tak, tak. Tomek wspominał mi o panu. Czy mam oddać panu pieniądze za papierosy? Czy o to panu chodzi?
– Ależ nie! – odpowiedziałem stanowczo – Chciałem się dowiedzieć czy jest pani z nimi spokrewniona?
– Tak. Jestem Tomka babcią. Matką jego ojca.
– Ojca Tomka? -zapytałem ze zdziwieniem, że on jednak ojca ma.
– Tak ojca Tomusia. Syn jest w zakładzie karnym w Potulicach.
– Nie wiedziałem. Jestem bardzo zaniepokojony sytuacją dzieci…
– Ja też! – przerwała mi starsza pani – Gdybym była obojętna nie szłabym przez całe miasto, aby zaprowadzić wnuczęta do szkoły. No i chociaż dam im drugie śniadanie…

Widziałem, że w jej oczach pojawiły się łzy. Nie wiedziałem jak się zachować, bezwiednie przytuliłem ją z całych sił.

– Dobry z pana człowiek, panie Sławku. Proszę mi powiedzieć co ja mam zrobić? Mieszkam z synem i jego żoną. Nie znoszą rodzeństwa Tomka, a i jego samego ledwo co tolerują. Wzięłabym ich do siebie, ale gdzie? Na jeden pokoik, który mi pozostał?

Słuchając tego i mi zaczęły lecieć łzy. Boże! Jak ja rozumiałem sytuację, jak ja wiedziałem, ba, jak czułem bezradność tej pani. Wiedziałem, że wspólnie zaradzimy choć trochę sytuacji.
Dobrze się złożyło, że miałem wtedy kilka dni urlopu. Zaproponowałem starszej pani, że ją odprowadzę. Od razu przyszła mi myśl, że zaproszę ją na kawę i ciastko i w spokoju porozmawiam z nią o wszystkim.
Idąc przez rynek widziałem, że uspokoiła się. Mówiła już bez tych emocji, a i łzy przestały spływać po jej zmarszczonych policzkach. Kiedy doszliśmy na ulicę Pocztową, zaproponowałem jej wspomnianą kawę i ciastko. Zgodziła się, dziwnie podekscytowana:

– O dziękuję! Już nie pamiętam kiedy byłam w kawiarni. Samej źle pójść, syn jakby o mnie zapomniał…
– Cieszę się, bo i ja nie często mam okazję pójść na kawę i to w tak dobrym towarzystwie.

Widziałem, że na policzkach starszej pani pojawił się rumieniec.
Rozmawialiśmy dość długo. Dowiedziałem się, że ojciec Tomka został skazany na dwadzieścia lat za zabicie jednego z kochanków jego żony. I nie był to jej pierwszy i ostatni kochanek.

– Kiedy tylko syn na chwilę trafiał do więzienia, ona już miała kochanka. A ten jej robił dzieciaka!
– Przepraszam, że zapytam, a za co syn bywał w zakładach karnych? – widziałem po twarzy kobiety, że to dla niej trudny temat.
– Za kradzieże. Nic wielkiego. Czasami jakieś włamanie do sklepu, na małe kwoty, ale…
– Rozumiem. Jeżeli nie chce pani o tym mówić to zakończymy ten temat – zaproponowałem – Nie, nie -odpowiedziała stanowczo – Wie pan, w końcu mogę komuś o tym opowiedzieć, wyrzucić to z siebie choć jest mi strasznie wstyd. Zawsze dawałam z mężem dzieciom to, czego potrzebowali. Nie tylko miłość która dla nas nie była czymś nadzwyczajnym. Cóż, oni chyba chcieli czegoś więcej. Andrzej, ojciec Tomka zszedł na złą drogę, Mirek zamieszkał ze mną, ożenił się, założył firmę. Ale i tu nie wierzę, że wszystko jest legalne.

Słuchałem jej opowiadań. Widziałem, że naprawdę potrzebowała rozmowy.

-Nie zanudzam pana? – zapytała lekko zmieszana
– Nie, nie. Podziwiam panią. Przeszła pani tyle, trzyma się, jeszcze dba o wnuka…
– I wnuczęta – przerwała – To, że są z innego ojca nie jest z ich winy. Kocham je wszystkie.
Ucieszyłem się, że te dzieci kogoś takiego mają, choć na chwilę. Z tej kobiety biła prawdziwa dobroć.
Zrobiło się późno.

– Daleko ma pani do domu?
– No jeszcze kawałek. Mieszkam za szkołą numer trzy.
-O to kawałek jeszcze. Zamówię taksówkę – zaproponowałem.
– Absolutnie nie! – krzyknęła – Już i tak obciążyłam pana.
– Ale ja nalegam, nie ma o czym mówić – I tak przez dobre pięć minut, aż w końcu widząc że jestem uparty jak osioł zgodziła się.
Odjechała, a ja prawie spokojnie mogłem wrócić do domu.

Nie wracałem jednak. Postanowiłem zrobić sobie spacer by pomyśleć jak mogę pomóc tej rodzinie.
Przechadzałem się ulicami już nieco uśpionego Nakła. Lubiłem spacery, zawsze podczas nich towarzyszyły mi myśli związane z przyszłością, z marzeniami. Dziś było inaczej. Całą drogę rozmyślałem o rozmowie z babcią chłopca i o swojej drodze jaką przeszedłem.
Moja determinacja by wyjść z biedy była ogromna. Szybko usamodzielniłem się i wynająłem mieszkanie. Brat Dawid zginął w wypadku samochodowym. Nie dość, że prowadził pod wpływem narkotyków to jeszcze bez prawa jazdy, w kradzionym samochodzie, z większą niż dopuszczalną ilością pasażerów. Wracali z Bydgoszczy z imprezy. Zginęli prawie wszyscy. Jedna dziewczyna przeżyła, ale doznała takich obrażeń, że do końca życia będzie leżeć przykuta do łóżka.
Rodzina tej dziewczyny przychodziła do matki robiąc jej wyrzuty, lecz niczego nie mogli wskórać . Już nawet nie rozmawiali tylko darli się na matkę, a ta siedziała zamroczona alkoholem nie wiedząc o bożym świecie. Mnie też się oberwało, mnie bogu ducha winnemu.

– Co smarkaczu, ty też pewnie wyrośniesz na takiego bandytę jak twój braciszek. Dobrze, że zdechł, bynajmniej nie skrzywdzi już nikogo – krzyczała matka tej dziewczyny – Nikogo już nie skrzywdzi, ale moją córkę skrzywdził.

Było mi żal tej kobiety. Widziałem, że cierpi, ale co ja mogłem zrobić? Wysłuchiwałem tych krzyków z pokorą patrząc w ziemię, a ta kobieta z coraz większą histerią krzyczała na mnie. Jej mąż widząc, że jest coraz gorzej, zaczął ją uspokajać:

– Halinko, wracajmy do domu. Przecież ten chłopak niczemu nie jest winien i nic na to nie poradzi.
– Poradzi nie poradzi. Niech idzie choćby żebrać i da na leczenie Magdy! – krzyknęła.

We mnie zaczęły budzić się skrajne emocje. Od litości po złość. W moich oczach pojawiły się łzy. Poczułem jak rozrywa mnie od środka jakaś siła. Jeśli zaraz czegoś nie powiem to wybuchnę :

– To nie tylko wina mojego brata.!Gdyby pani swoją córkę pilnowała… gdyby ta, zamiast jeździć po dyskotekach siedziała w domu i się uczyła nie byłaby kaleką – krzyknąłem z taką mocą, że aż mąż tej kobiety nie wiedział w którą stronę się patrzeć. Od tego czasu nie widziałem ich więcej.

Skończyłem podstawówkę z samymi miernymi ocenami. Nie byłem z siebie zadowolony, ale z drugiej strony cieszyłem się, że pomimo trudności zdawałem z klasy do klasy.
Nie myślałem o dalszej edukacji. Bo skąd wezmę na książki, dojazdy, ubrania? Nie było mowy.
Zbierałem złom i sprzedawałem. Za zarobione pieniądze kupowałem sobie jedzenie. Nie miałem kolegów. Nawet ci z podstawówki byli tylko wtedy kolegami gdy chodziłem do szkoły, a po jej zakończeniu nie zabiegałem o ich przyjaźń czy koleżeństwo. Nieraz mi dokuczali, naśmiewali się, że jestem nieumyty, że mam za duże buty.
Teraz tym bardziej nie chciałem się z nimi kolegować. Byliśmy w takim wieku… Dziewczyny, dyskoteki, komputery… A ja ciągle w tej lepiance, ciągle biedny… Wstydziłem się…

Dni mojego urlopu mijały pod znakiem Tomka. Oczywiście rozmawiałem z panią Genią. Opowiadałem jej wszystko to, co dzieje się w moim życiu. Co załatwiam, jakie mam plany i obawy. Ona słuchała z ogromnym zainteresowaniem. Po chwili usłyszałem:

– Kiedy znajdzie pan czas na swoje życie.? – zatroskała się starsza pani, a po krótkiej chwili spojrzała na mnie tymi swoimi dużymi oczami, jakby rozmarzonymi, jakby… – Byłam taka sama jak pan. Czasy były w prawdzie inne, możliwości mniej, ale mniej było potrzebujących choć oni zawsze są. I każdemu chciałam pomóc.
Zamilkła na dłuższą chwilkę, tym razem wpatrując się w jeden punkt, przez moment była jakby nieobecna. Nie wiedziałem czy coś powiedzieć, więc siedziałem z panią Genią i wpatrywałem się w ten jeden sam punkt co ona…

– Wie pan co, panie Sławku? – przerwała nagle milczenie.
– Tak pani Geniu?
– Zastanawiam się, czy to wszystko co nas otacza, to co się dzieje, ludzie których spotykamy na własnej drodze to jest splot przypadków, czy może przeznaczenie?
– Nigdy się nad tym tak nie zastanawiałem.
– No tak… Mając czas tak sobie siedzę i rozmyślam zastanawiając się czy mamy wpływ na to co się dzieje? Czy mamy już ustalony tor i nim idziemy, jak zaprogramowane maszynki?
Tym razem ja zapatrzyłem się samotnie w punkt…
– Myślę, że mamy wpływ na życie. Nie można pewnych rzeczy zaprogramować. Musimy mieć wpływ na nasze wybory. Nie każdy to rozumie, nie każdy chce zrozumieć że ma wybór. Na przykład ci, co stoją pod kioskiem i wołają złotówkę do wina. Oni też mają wpływ… Ale i są tacy, którzy nie chcą im pokazać innej drogi, omijają ich szerokim łukiem – dodałem.
– Dokładnie tak – odpowiedziała – Pamięta pan tego stolarza, który miał stolarnię jak się jedzie na Występ? Jak on się nazywał. Ta moja pamięć!

Widziałem, że ulatujące nazwiska, imiona, fakty z pamięci strasznie irytują moją rozmówczynię. Więc szybko dodałem:

– Walasek. Gustaw Walasek.
– Tak, Gustaw Walasek. A skąd pan o nim wie? Pamięta go pan? – spytała.
-Jak przez mgłę. Czasami brał mojego stryja do pomocy.
– Rozumiem, pan jest za młody. To był człowiek. Nigdy nie odmówił pomocy, zwłaszcza rodzinie która jej potrzebowała. No, ale nie było przeproś jak chociaż jeden sprawny mężczyzna w domu był, a roboty nie miał. Pomagał, dawał pracę.
– Dokładnie tak było z moim stryjem – przerwałem wspomnienia pani Geni – On tylko chciał, aby dziadkowie jemu dawali, a on albo pił, albo by leżał. Z tego co pamiętam pan Walasek gnał go do pracy.
– A i słusznie. I co, zaszkodziło to stryjowi?
– Nie, nie zaszkodziło. Trochę mniej pił, ale na ludzi już nie wyszedł…
– A co się stało?
– Nie pił długi czas. Pewnego dnia zabalował. Nie było go parę dobrych dni. Znaleźli go i jeszcze jednego w Noteci.
– Kąpali się? – zapytała nieco zbita z tropu starsza pani.
– Nie, utopili się.
Nagle usłyszałem odgłos z mieszkania rozmówczyni.
– Przepraszam panie Sławku, syn się obudził. Pójdę dać jemu jeść. Przepraszam, dobranoc.
Wystrzeliwszy jak strzała, zniknęła w ciemnym korytarzu, a i ja wróciłem do domu.

Od rana załatwiałem na przemian sprawy ludzi i moje prywatne, tak aby wrócić do pracy i nie mieć zaległości.
Spotkałem znajomego z czasów kiedy to przez jakiś czas brałem czynny udział w ZHP. To był krótki epizod w moim życiu, ale znajomość pozostała.

– Michał! – krzyknąłem do przebiegającego przez przejście dla pieszych kolegi. Ten spojrzał się na mnie. Czyżby mnie nie poznawał?
– Zaczekaj! – przeszedłem na drugą stronę ulicy – To ja, Sławek Marzec. Byliśmy razem w drużynie harcerskiej.
– Matko, Sławek, to ty? – zapytał z niedowierzaniem.
– Tak, to ja. Cieszę się, że mnie pamiętasz.
– Pamiętam, ale nie poznałem.
– Nic dziwnego, parę dobrych lat minęło.
– Wiesz Sławku nawet nie o to chodzi. Strasznie zaganiany jestem. Praca, dom, zbiórki…
– Zbiórki? To ty nadal działasz w ZHP? – spytałem zaskoczony.
– Tak, jestem komendantem hufca, właśnie organizuję obóz. Wiesz, strasznie dużo załatwiania, a to dotacje, a to sponsorzy.
– Rozumiem.

Kiedy Michał opowiadał mi o swoich zajęciach, ja wyłączyłem się z rozmowy. Do głowy powróciło mi pytanie Pani Geni odnośnie przeznaczenia.
Kurcze. Czy to nie dziwne, że spotkałem właśnie teraz tego człowieka? A przez tyle lat mieszkania w tym samym mieście nie spotkaliśmy się? Gdy Michał nawijał, ja wszedłem jemu w słowo:
– Powiedz mi, ile kosztuje taki wyjazd na obóz? I na jak długo?
– Wiesz, na chwilę obecną 890 zł, resztę pokrywam z dotacji. Może będzie mniej jak mi się uda poszukać sponsora. Wyjazd jak zawsze, na dwa tygodnie. A co, chcesz jechać? Chyba twój mundurek jest już na ciebie za mały – roześmiał się na cały głos.
I ja się roześmiałem. Nie z tego dowcipu. Lecz z tego powodu, że będę mógł wysłać Tomka na obóz.
– Ja nie, ale mam sąsiada, chciałbym aby pojechał na taki obóz. Masz jeszcze wolne miejsca?
– Jeżeli dla ciebie, to tak, mam

0
0
• • •

Dodaj komentarz

Your email address will not be published / Required fields are marked *