W dwa dni

Zawsze uparcie twierdziłem, że w moim życiu nic nie może się wydarzyć. Przesądziłem zawczasu, że moje szczęście to praca, powieść i pies. I gdyby ktoś mi w piątek rano powiedział, że w weekend odmieni się diametralnie moje życie nie uwierzyłbym. A jednak. Zmieniło się życie dwojga ludzi.
Dwa dni zmieniły moje życie do tego stopnia, że warto by o ty opowiedzieć…

Było słonecznie, ale nie za gorąco. Postanowiłem wyjść na dłuższy spacer z moim wiernym towarzyszem Leonem do parku – niech sobie pobiega. Kiedy założyłem mu obrożę widziałem w jego cudownych ślepkach ogromne poruszenie. Nie chciałem założyć mu kagańca. Lizał mi twarz z radości. Chociaż wychodziliśmy codziennie, to dziś cieszył się wyjątkowo.
Wiedziałem, że i mnie spacer dobrze zrobi, tyle czasu spędzam przy biurku, aż moje kości zapomniały co to ruch.
Piękny dzień, to pewnie samo szczęście nas spotka. Zobaczymy uśmiechniętych ludzi, biegające dzieci, hasające pieski, staruszków w których na nowo budzi się życie. Może spotkamy też zakochanych.
Kiedy dotarliśmy z Leonem do parku, faktycznie było wszystko to, o czym myślałem. Niestety nie wszyscy byli szczęśliwi, nie każdy miał powody do uśmiechu.

Leon chodził sobie pomiędzy drzewami, zawsze w zasięgu mojego wzroku. Usiadłem na ławkę, którą tak lubiłem, lecz w ostatnim czasie nieco zaniedbałem. Wyciągnąłem z kieszeni podróżny tomik poezji i zacząłem czytać. Czytałem, czytałem, aż się rozmarzyłem.
Moje rozmarzenie przerwał mi płacz. To ja płaczę? Pomyślałem w pierwszej chwili. Nie, to nie ja. Na moją ławkę usiadł młody chłopak. Miał może osiemnaście lat, no góra dwadzieścia. Płakał tak, aż go zatykało. Smutny to był widok.
Nigdy nie byłem obojętny na ludzkie nieszczęście. Mój pierwszy odruch, niekontrolowany odruch – to podanie młodzieńcowi chusteczki higienicznej. Otarł łzy, choć i tak świeże wypływały z jego niebieskich oczu. Podziękował, i zamarliśmy w bezruchu. Widziałem, że zerkał na mnie, dając jak gdyby sygnał, że chce porozmawiać.

W pewnym momencie wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałem. Leon, który jest nieufny do obcych ludzi podszedł do chłopaka, położył łebek na jego kolanach i patrzył się długo na niego. Tak samo się patrzył jak na mnie, kiedy jest mi smutno.
Pogłaskał Leona, aż mój wierny towarzysz zaczął merdać ogonem. Nawiązała się rozmowa. Zapytałem nieśmiało czy coś się stało? Głupie pytanie, choć nie było odwrotu – zadałem je!
Dowiedziałem się, że chłopak został wyrzucony przez ojca z domu. Ojciec nie rozumiał, ba, on nie chciał zrozumieć, że syn ma prawo do bycia sobą, do bycia szczęśliwym. Szybko w naszej rozmowie załapałem o co chodzi, ale nie dopytywałem się, zbyteczne było wyjaśnianie tematu.
Zapytałem o rodzinę, o przyjaciół, czy ktoś może mu pomóc. Zaczął mi opowiadać jak jedni po drugich odmawiali pomocy, tłumacząc się brakiem czasu, brakiem miejsca do przenocowania, brakiem pieniędzy a nawet odwoływali się do sprzeczności sytuacji w jakiej się znalazł w kontekście religii… Przerwałem dalszą opowieść bo nieomal serce mi pękało.
Już wiedziałem, że jestem za niego odpowiedzialny.
Tyle czasu rozmawialiśmy, a nie znaliśmy swoich imion. Uśmiechnął się, podał mi rękę i przedstawił się: „Sebastian jestem…” – i ja się przedstawiłem i od razu zastrzegłem, że nie ma się zwracać do mnie „pan”.
W głośnych swoich myślach zacząłem układać plan działania, przecież musi coś zjeść, musi gdzieś spać. Usłyszałem: „Mało jest ławek w parku? Jest gdzie spać”. Ławki w parku, też mi pomysł.
Mam duże mieszkanie, jeden pokój w sumie stoi pusty od śmierci mojej mamy. No i problem rozwiązany. Zapytałem się jeszcze czy chce skorzystać z mojej gościnności? A on? A on znowu rozpłakał się jak dziecko. Usłyszałem „ rodzina, przyjaciele, a nawet ksiądz, którego znałem od pierwszej komunii odmówili mi pomocy, a tu obcy człowiek, spotkany w parku podaje mi pomocną dłoń…” Po tych słowach i ja się rozpłakałem. Płakaliśmy oboje. Przechodnie patrzyli na nas jak na dwóch wariatów. W pewnej chwili podszedł do nas jakiś pan i podarował po chusteczce higienicznej – rozbawiło to nas, i płacz przerodził się w nagły śmiech, z którym poszliśmy do mojego domu.

Było dosyć późno. Zapaliłem światła, Sebastian od razu zauważył moje kwiaty. Był zachwycony a ja zaskoczony, że zna ich nazwy – nawet te łacińskie. Wtykał palce w glebę, w celu sprawdzenia poprawnej wilgotności. Dostałem reprymendę za zaniedbanego fikusa. Dowiedziałem się przy tej okazji, że zmarniał, gdyż stał w nieodpowiednim miejscu.
Byłem zauroczony jego wiedzą i pasją z jaką mówił o roślinach.
Podczas kolacji Sebastian opowiedział mi o ogrodzie swojej babci i o tym, że to właśnie ona zaszczepiła w nim miłość do kwiatów i ogrodu. Pracował jako ogrodnik u znajomego księdza – tak, tego samego, który odmówił mu pomocy, a nawet wymówił umowę o pracę. Oczywiście to zasługa ojca Sebastiana.
Słuchałem jego opowiadań wychwytując podobieństwa miedzy nami. A było tego sporo.
Rozmawialiśmy tak, jakbyśmy znali się już bardzo długo. Ja opowiadałem o swoim życiu, w taki sposób, jakbym go opowiadał długo niewidzianemu przyjacielowi. Mówiłem o swoich sprawach, nawet o tych, które zawsze zostawały w moim wnętrzu. Było zaufanie i luz po obu stronach – i była ze strony Sebastiana szczerość.
W pewnym momencie spojrzałem na okno, a tam już odbijały się pierwsze słoneczne promienie. Powiedziałem „ale się nam rozmowa przedłużyła… Dobrze, że dziś jest niedziela”.

Sebastian poszedł spać, a ja nie czułem specjalnie potrzeby by się położyć. Co to dla mnie, w końcu mam doświadczenie w zarywaniu nocy. Mało razy siedziałem przez noc całą by skończyć pisanie rozdziału książki (książkę oddałem trzy miesiące temu do wydawnictwa) i potem szedłem na siódmą rano do pracy?
Gdy tylko zegar wybił szóstą rano chwyciłem za telefon by zadzwonić do przyjaciółki. Wiem, że nie śpi, a nawet jakbym jej sen przerwał to na przyjaciela się nie obrazi. Wiedziałem, że potrzebuje ogrodnika, więc Sebastian spadł jej z nieba.
Zosia (moja przyjaciółka, znamy się od dzieciństwa – poznałem ją z moim kolegą z pracy) ucieszyła się niesamowicie. Zaprosiła Sebastiana na obiad, ja zaproszenia nie potrzebowałem – co niedziela byłem u niej na obiedzie.
Dotarliśmy na miejsce w południe. Sebastian był zachwycony ogrodem Zosi Stefańskiej – był on, można powiedzieć w siódmym niebie. Oczy rozbiegane, skakały z kwiatka na kwiatek, z krzewu na krzew. Dotykał i głaskał liście. To bardzo spodobało się Zosi – wiedziałem, że będzie dobrze.
Jakiś krzew, którego nazwy nie pamiętam, umierał. Sebastian obiecał, że krzew uratuje. Dostał zapewnienie, że jeżeli to się uda, to ma stałą pracę, porządną pensję i dach nad głową. Byłem spokojny i o krzew i o Sebastiana.
Ogród Zosi był spory, tylko trochę zaniedbany. Zajmował się nim ogrodnik zatrudniony jeszcze przez ojca Zosi, doktora Bernarda Stefańskiego. Ogrodnik był stary, powolny, ale szkoda było zwolnić kogoś, kto sumiennie wykonywał swoją pracę przez wiele lat. Tydzień temu starszy pan zmarł. Zbieg okoliczności? Myślę, ba jestem pewny, że ta praca była pisana Sebastianowi.
Pracy było sporo, ale na szczęście Sebastian miał do dyspozycji trzech pomocników. Znając Sebastiana tylko kilka godzin, dałem jednak Zosi zapewnienie, że chłopak przywróci ogród do stanu z jej dzieciństwa.
Już po chwili rwał się do pracy, a że to była niedziela, to praca ograniczyła się do opowiadania mnie i Zosi co będzie robił w poniedziałek, co trzeba dodać, ująć – widziałem, że Zosia zaufała już Sebastianowi tak, jak ja jemu zaufałem.
Wróciliśmy do domu. O kolacji nie mogło być mowy. Zosia nigdy nie wypuszczała mnie od siebie, zanim nie najadłem się do syta. Pękaliśmy, ale wszystko było takie pyszne.
Nagle zadzwonił telefon. O tej porze? Zdziwiłem się bardzo. Odebrałem. Okazało się, że to dzwonił potencjalny kupiec mojego rodzinnego domu (dom był pięćset metrów od domu Zosi, mieszkała w nim moja mama. Kiedy zachorowała wziąłem ją do siebie, a dom miałem w planie sprzedać). Coś w mojej głowie powiedziało mi, że nie powinienem się go pozbywać, więc – odmówiłem, powiedziałem, że oferta nieaktualna. Odłożyłem słuchawkę, patrzyłem się w ścianę, nie wiedziałem dlaczego odmówiłem – pięć lat czekałem na kupca… Cóż, stało się!
Sebastian już spał. Wiedziałem, że nie może doczekać się jutra. I ja się położyłem, choć wcale nie mogłem zasnąć. Jutro spotkanie z wydawcą, okaże się czy moja powieść zostanie wydana. Myślałem również o Sebastianie, o tym co przeszedł, jak okrutnie doświadcza go los, o tym co jeszcze może jemu grozić, bo nigdy nie wiadomo na kogo trafi. Myślałem również o innych, którzy są w trudnej sytuacji – o odtrąconych, porzuconych, opluwanych, poniżanych – o tych wszystkich, którzy nie mogą się cieszyć szczęściem, o tych, którzy nie mogą być sobą – choć walczono o niepodległą Polskę, w której będzie sprawiedliwość, normalne życie i poszanowanie dla wszystkich. Przysnąłem, a w moim krótkim śnie pojawiła się scena bitwy o wolność, sam Marszałek Piłsudski mi się przyśnił. Kiedy chciał coś krzyknąć zaczął dzwonić budzik.
Wstałem, z zamiarem pójścia po świeżą prasę, no i oczywiście chciałem przygotować śniadanie dla mnie i Sebastiana. Wszedłem do kuchni, na stole pięknie przystrojone kanapki, na szafce świeża prasa (pewnie Sebastian zobaczył rozpiskę tytułów jakie kupuję w dany dzień) – Leon nie piszczy, że chce iść na spacer. Byłem w szoku, lecz miałem jeszcze jedną niespodziankę. Wszystkie kwiaty odpowiednio podlane, poodcinane suche liście, odpowiednio poprzestawiane wedle ich potrzeb. Piękny poranek.
Odwiozłem Sebastiana do Zosi – Sebastian wybiegł z samochodu i jak strzała poleciał do ogrodu. Powiedziałem Zosi, że jadę do wydawnictwa. Będę później.
Żałowałem, że nie wziąłem taksówki. Ręce mi się pociły, co utrudniało mi jazdę. Dojechałem. Wszedłem do wydawnictwa. Już od progu wszyscy się na mnie dziwnie patrzyli. Kiwnąłem tylko głową na przywitanie i poszedłem na piętro do gabinetu dyrektora. Drzwi gabinetu były uchylone, więc gdy tylko dyrektor mnie zobaczył, od razu kazał mi wejść. Nie było chwili na złapanie oddechu.
Dyrektor oznajmił mi z kamienną twarzą „Pańska powieść to hit. Drukujemy” i uśmiechnął się, choć rzadko to robił.
Zaraz w głowie pojawiły się słowa Sebastiana „Za Twoje dobro będą spełnione Twoje marzenia…” i tak też się stało.
Podjechałem do domu, przebrałem się, a w drodze do Stefańskiej pojechałem na cmentarz by zapalić znicz na grobie rodziców. Opowiedziałem mamie o wydawnictwie, Sebastianie – ale tak w telegraficznym skrócie. Myślę, że mama jest tam, w niebie, szczęśliwa razem ze mną.
Już od samej furtki w domu Zosi krzyczałem „udało się, udało się…”. Zosia z Sebastianem rzucili się na moją szyję, gratulowali, ściskali. Wiedziałem, że tak będzie powiedział Sebastian.
Był szampan, było miło, było do późna. Powiedziałem Zosi, że domu nie sprzedaję, że sprzedam mieszkanie i zamieszkam w domu rodzinnym – bo chcę mieć was blisko siebie. Zosia była uradowana, uradowany był Sebastian.
Miałem oszczędności swoje i te po mamie. Od razu wziąłem się za remont domu. Powiększyłem go, aby mógł tam zamieszkać Sebastian. Ogrodu wielkiego mieć nie musiałem, zawsze mogłem korzystać z ogrodu przyjaciółki.
Pół roku później świętowałem sukces książki. Wydawca zaproponował bym pisał kolejnej części przygód moich bohaterów, którzy podbili serca czytelników. I moje serce ktoś podbił…
Pod starym orzechem postawiłem ławkę – tak, tę z parku. Zapłaciłem za nią majątek, ale pieniądze nie są ważne – bo czymże są pieniądze w porównaniu z bezcennym szczęściem?

Teraz jest dom, Sebastian, Zosia i Michał (jej partner), czekamy na bliźniaki, których się spodziewają, jest Leon… Jest powieść. I jestem ja.

0
0
• • •

Dodaj komentarz

Your email address will not be published / Required fields are marked *